Zapraszam w nowe miejsce w sieci

Share on Facebook

Przeniosłem bloga na wordpressa. Zapraszam: Blog Światosława :-)

1 maja w albumie rodzinnym

Share on Facebook

Mam w albumie rodzinnym zdjęcie z pochodu pierwszomajowego w Warszawie w roku 1956. Pamiętam z tych czasów, że pochód na przemian maszerował i stawał. Na zdjęciu pochód stanął. Widać na nim fragment kolumny Uniwersytetu Warszawskiego, a dokładniej – Wydziału Filozofii. Od prawej: Andrzej Nowicki (mój ojciec, 37 lat), Kinga Nowicka (moja siostra, 8 lat), Światosław Nowicki (ja, 9 lat), w drugim szeregu (w berecie) profesor Tadeusz Kroński (50 lat, na dwa lata przed śmiercią) i jako pierwsza z lewej chyba jakaś studentka filozofii.

1maja

Ojciec trzyma za rączkę córeczkę i spogląda z ukontentowaniem na studentkę. A za moimi plecami stoi – najwyraźniej wyższy ponad takie fascynacje – profesor Tadeusz Kroński, zwany przez uczniów i przyjaciół „Tygrysem”. I pewnie nie wie, bo i skąd miałby wiedzieć, że połączy nas po latach postać wielkiego filozofa niemieckiego, Georga Wilhelma Friedricha Hegla.

Tadeusz Kroński wywarł ogromny wpływ na powojenną recepcję filozofii Hegla w Polsce, zawężając ją praktycznie do filozofii dziejów. Stało się tak pewnie po części z racji jego przedwczesnej śmierci. Gdyby pożył dłużej i napisał coś również na temat innych obszarów Heglowskiego systemu, być może Hegel trochę szerszym nurtem wlałby się do głów polskich marksistów i antymarksistów. Nie ma co jednak dywagować, co by było gdyby. Fakty są takie, że kiedy w popularnej serii wydawniczej „Myśli i Ludzie” ukazał się tomik poświęcony Heglowi, jego omówienie ograniczyło się do znanego eseju Krońskiego na temat Heglowskiej filozofii dziejów i do nader lakonicznego uzupełnienia profesora Baczki na temat innych części systemu Hegla.

Żeby więc sprawiedliwości dziejowej stało się zadość, ja ze swej strony zignorowałem z kolei prawie całkowicie filozofię dziejów Hegla.

I tyle refleksji starszego pana z okazji święta 1 maja.

Sen o przeznaczeniu

Share on Facebook

Kiedy dowiaduję się, że się komuś przyśniłem, zawsze zastanawiam się nad sensem takiego snu. A że właśnie przyśniłem się dr Katarzynie Guczalskiej z Krakowa, więc nie mam wyboru – komentuję. Sen dzielę na kawałki i komentuję po kawałku.


1. Sklep

 Sen zaczyna się w taki sposób, że zabrałeś mnie do sklepu. Ty zaraz gdzieś zniknąłeś, a ja zajęłam się zakupami i zaczęłam przeglądać różne ubrania – ku mojemu zaskoczeniu były to ubrania wysokiej klasy. Najpierw zaczęłam wybierać różne bluzki, topy i drobiazgi, ale w końcu zobaczyłam elegancką i oryginalną kurtkę skórzaną. Bardzo mi się spodobał jej ciemno-niebieski kolor i prosty fason. Cena była absurdalna, jeśli chodzi o realia – 350 zł. Sprzedawczyni chciała mi przynieść mniejszy rozmiar, ja jednak wolałam luźniejszą, żebym mogła założyć pod nią sweter, kiedy będzie zimno. Aha, kupiłam też dojrzałe banany.

 Komentarz: W całym śnie występuję jako opiekun duchowy Katarzyny, którego rola polega na aranżowaniu różnych ogólnych sytuacji, a następnie pozostawianiu ją samej sobie, żeby samodzielnie dokonywała ocen i wyborów. To, że jest to sklep z ubraniami, ma odniesienie do pojawiającej się w dalszej części snu nagiej koleżanki z dzieckiem przy piersi. Odniesienie to symbolizuje relację natura – kultura (czy ogólniej – duch), zwłaszcza że ubrania są wysokiej klasy, czyli ich rola nie sprowadza się do elementarnej praktycznej użyteczności. Taką rolę może pełnić co najwyżej sweter wkładany pod kurtkę, a więc nie eksponowany na zewnątrz jako własna tożsamość kulturowa. Zakupy są jakby szukaniem odpowiedzi na pytanie: kim jestem? Koleżanka w dalszej części snu żadnych takich pytań sobie nie stawia. Jest matką, karmi swoje niemowlę, sprawa „bycia kimś” lub „bycia sobą” jej nie interesuje. Cena kurtki kojarzy się z liczbą kundalini – 3.5, a to oznaczałoby wybór ukierunkowany na rozwój duchowy, i to alternatywny w stosunku do głównego nurtu naszej zachodniej kultury. Ukierunkowanie na rozwój symbolizuje również luźniejsza kurtka.

 2. Strona jasna i ciemna

a.Strona ciemna

Potem rozejrzałam się wokoło. Sklep nie był zwykłym sklepem. Była to de facto rzeczywistość posiadająca wiele wymiarów, która podzielona była na stronę jasną i ciemną. Najpierw skierowałam się do strony ciemnej. Tam znajdowały się kina i sale kinowe, które raczej świeciły pustkami, choć były tam wyświetlane jakieś „ciemne” filmy. W jednej sali był ktoś, z kim byłam umówiona, ale przez zakupy nie poszłam z nim na seans, a on na mnie nie zaczekał. Był to mój kolega ze szkoły podstawowej, z którym w ogóle nie mam kontaktu, chłopiec pochodzenia romskiego. Wiem, że dziś chłopak ten jest kimś w rodzaju przywódcy romskiej społeczności w miejscowości, z której pochodzę.

 Komentarz: Wydaje się, że wybór kurtki za 350 zł ma związek z tą „ciemną stroną”, a banany – ze „stroną jasną”. Romski chłopak symbolizuje kulturę alternatywną, mniejszościową, a taka zawsze będzie z punktu widzenia mainstreamu kojarzona z „ciemną stroną”.

b.Strona jasna

Potem przyciągnęła moją uwagę jasność drugiej strony. Tam zauważyłam moją koleżanką z liceum, która karmiła piersią swoje dziecko (oboje byli nadzy). Koleżanka była osobą nieco infantylna, wyczuwałam między nami dużą barierę intelektualną. Przeszkadzała mi jej pusta gadatliwość i uśmiech przyklejony do twarzy. Chciałam dać jej kupione banany, ale one przeistoczyły się w długą i ciągnącą się masę, która nie nadawała się do jedzenia i z obrzydzeniem ją odrzuciłam. Zauważyłam, że moja koleżanka w ogóle nie zwróciła uwagi na „problem” smołowatych bananów.

 Komentarz: Koleżanka z niemowlęciem po jasnej stronie symbolizuje polski katolicyzm, w którym duchowość jest wyparta przez wartości rodzinne, a narodowi oferuje się jako pokarm duchowy coś w rodzaju tej bananowej papki. Choć jest to coś usytuowanego po jasnej stronie, Katarzyna ma do tego niechętny dystans – jako do tradycji, z której sama wyrosła, ale którą już przerosła.

 3. Mój dom

 Następnie zabrałeś mnie do swojego domu i stałeś się dużo młodszą osobą, choć to byłeś dalej Ty. Stałeś się trochę podobny do takiego starszego już dziś aktora Matthew Modineʼa –

 Modine

zwłaszcza kiedy nosi on brodę. Oprowadzałeś mnie po swoim domu i zazdrościłam Ci, że udało Ci się od razu mieć taki pasujący dla siebie dom – o tym mi właśnie mówiłeś, że Twój dom był dla Ciebie z góry przygotowany. Pokazywałeś mi jakieś symbole zawieszone jako obrazy na ścianach tego domu. Z mojego punktu widzenia to był jakiś niezwykły dar. Nigdy takiego domu nie miałam, a otoczenie w jakim żyłam jako dziecko i młoda osoba nigdy mi nie odpowiadało – nie chodzi tu jednak o warunki materialne.

 Komentarz: Dom jest symbolem przedinkarnacyjnego zamysłu obecnego wcielenia. To już nie jest sklep, w którym wybiera się coś dla siebie w ramach szerszej oferty. To jest coś, co już się na wyższym poziomie wybrało, a w tym życiu trzeba to rozpoznać, odkryć jako sens własnego życia. Szczęśliwy, komu się to szybko udaje, nieszczęśliwy, kto kroczy przez życie na oślep, nie bardzo wiedząc, gdzie właściwie jest u siebie w domu. Moje odmłodnienie wskazuje na to, że ja wcześnie znalazłem swoją drogę.

 4. Lotnisko

 Potem zabrałeś mnie do części, gdzie znajdowało się coś jakby lotnisko z pojazdami à la samoloty. Mieliśmy razem lecieć w celu rozwiązania jakiegoś „problemu”. Powiedziałeś, że mamy wspólnie do wykonania 6 zadań. Ja na to odparłam, że nie umiem pilotować, ale Ty się śmiałeś i zacząłeś mnie przekonywać, że to jest bardzo łatwe. Potem tłumaczyłeś mi, jak to robić, i faktycznie nie okazało się to takie trudne. W zasadzie zamykało się przednią szybę, zakładało kask i się leciało. Sen zaczął teraz przypominał film sf. Włożyliśmy kaski, zamknęliśmy przednią szybę i nowoczesny dwuosobowy samolot wzleciał w powietrze – ja rzecz jasna ze sterami.

 Komentarz: Akcja się przenosi do wymiaru międzyinkarnacyjnego. Lot samolotem to metafora podróży ze świata duchowego do świata ziemskiego jako miejsca inkarnacji. Oczywiście, z ziemskiej perspektywy nie wie się, jak to się odbywa, więc muszę instruować Katarzynę. Zadania do wykonania, problemy do rozwiązania – to wszystko dotyczy świata ziemskiego. 6 zadań odpowiada sześciu dniom stworzenia – chodzi najwyraźniej o całościowe zadanie odnowy tego świata, w którym bierze udział wiele istot duchowych. Działamy wspólnie, choć z ziemskiej perspektywy te relacje są niejasne.

 5. Jazz

 Wylądowaliśmy na terenie... muzyki jazz. Tak to wyczuwałam, że był to obszar jakiegoś Kompozytora starej i hałaśliwej muzyki jazzowej (której nie cierpię). Ty od razu zabrałeś się do liczenia. Widziałam, jak ujmujesz muzykę jako matematykę, jakby muzyka była kodem, który tłumaczysz. Muszę przyznać, że Twoja praca nie przyciągnęła na dłużej mojej uwagi. Zostawiłam Cię liczącego, a sama zaczęłam uważnie słuchać, wsłuchiwałam się w to co słyszę. Kiedy zaczęłam się przysłuchiwać temu beznadziejnemu w moim odczuciu jazzowi, nie wszystko okazało się takie niestrawne, muzyka nieco się poprawiła, choć to nadal nie była „moja” muzyka.

 Komentarz: Muzyka jest symbolem duchowej wibracji. Najwyraźniej wibracja Ziemi nie jest obecnie właściwa i harmonijna. Odkrywanie ukrytych kodów to praca ezoteryków, niezrozumiała z perspektywy potocznej świadomości. Ezoteryczna praca stosunkowo nielicznej grupy jednostek przynosi jednak pewne rezultaty – muzyka nieco się poprawiła.

Kto zabija Jezusa?

Share on Facebook

Emisja w TVP Kultura w Wielki Czwartek i w 10 rocznicę śmierci Jana Pawła II „Ostatniego kuszenia Chrystusa” (1988) Martina Scorsese została uznana przez Barbarę Bubulę, posłankę PiS – i z pewnością przez całą rzeszę jej podobnych – za perfidny atak na katolików i ich wiarę. Z takiej perspektywy zapewne każdy dobry film na ten temat nie może nie być atakiem na wiarę, podobnie zresztą jak każde godne uwagi chrześcijańskie doświadczenie mistyczne nie może utrzymać się w granicach kościelnej ortodoksji.

 Ostatnie kuszenie

Ja jednak powiadam wam, że prawdziwy atak na wiarę katolicką miał miejsce w Wielką Sobotę, kiedy to TVP 1 wyemitowała najnowszą amerykańską produkcję „Zabić Jezusa” (2015). Piękne zdjęcia, ale nic poza tym. Film kompletnie bezmyślny, pusty, pomyślany jako sekwencja niepowiązanych ze sobą scen, mających ilustrować poszczególne epizody opowieści ewangelicznych i stanowić okazję do wypowiedzenia kilkunastu kwestii typu ”Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem” (J 8, 7). Aktor grający Jezusa nie bardzo wie, kogo właściwie gra, a w każdym razie nie potrafi przekonać widza, że ten Jezus to jakaś rzeczywista postać – poprzestaje na tym, że wygląda podobnie do jego obiegowego wyobrażenia i wypowiada różne skądinąd dobrze znane słowa.

 Zabic-Jezusa

Co gorsza, różne zauważalne odstępstwa od Ewangelii, mające dowodzić, że twórcy filmu (czy też powieści, na podstawie której ten film powstał) mieli ambicje wniesienia czegoś od siebie, są głupie i trywialne. Dotyczy to zwłaszcza sposobu przedstawienia zmartwychwstania. Po tym, jak „dokonało się”, a Piłat oświadcza, że szkoda rzymskich żołnierzy do pilnowania grobu, pojawia się napis „Trzy dni później” (nawiązujący do zapowiedzi „po trzech dniach zmartwychwstanę”, ale nieliczący się z tradycyjną sekwencją zdarzeń w katolickim Wielkim Tygodniu) i widzimy błogo uśmiechnięte kobiety, Maryję i Marię Magdalenę w pustym grobie. Nie ma żadnej wzmianki o tym, iżby straż świątynna zabezpieczyła grób, więc pewnie kobiety są zadowolone, że udało się apostołom ukraść z grobu ciało w celu rozpowszechniania opowieści o zmartwychwstaniu. A pośmiertna obecność Jezusa wśród uczniów zaznaczona zostaje w sposób nader powściągliwy – przez udany połów ryb, jako powtórzenie analogicznego połowu towarzyszącego powołaniu Szymona Piotra na rybaka ludzi.

 

Innym pomysłem twórców filmu jest kluczowa rola białego konia w zdradzie Judasza. Judasz, zamiast zgodnie z Ewangelią oddać 30 srebrników do świątyni, daje je pasterzowi kóz w zamian za powróz, na którym się powiesi. A pasterzowi sugeruje, że za połowę tej kwoty może nabyć białego konia, o którym sam marzył, ale którego ostatecznie kupił właśnie ów „dobry pasterz” prowadzący kozy na rzeź do świątyni. Czyżby chodziło o białego konia, na którym siedzi triumfujący Chrystus w jednej z wizji z Apokalipsy (19, 11-16)?

 

„Gazeta Wyborcza” w piątkowym dodatku telewizyjnym daje temu gniotowi cztery gwiazdki, co oznacza film bardzo dobry i zachęca do jego obejrzenia. Najwyraźniej „Gazeta” uznała ten film za sprytny atak na wiarę katolicką, bo o co chodzi tak naprawdę tej gazecie, wszyscy prawdziwi Polacy-Katolicy dobrze przecież wiedzą.

 

Wyprawa do Zgorzelca - dzień drugi

Share on Facebook

Po opisanym już pierwszym dniu, drugi dzień wyprawy, piątek 20.03.2015, uświetniony spektakularnym porannym zaćmieniem słońca, rozpoczęliśmy przed Domem Böhmego. Na zdjęciu ja z Sebastianem Krajewskim:

DSC 1034 Kopiowanie

A tutaj ja z bratem, który jest autorem pozostałych zdjęć:

DSC 1040 Kopiowanie 

Zbliżenie na tablicę ku czci Jakoba – z jego godłem w postaci gałązki z trzema kwiatami lilii:

 DSC 1038 Kopiowanie

Z lewej strony Domu Böhmego (12) znajduje się restauracja „Przy Jakubie” (11):

DSC 1051 Kopiowanie 

Z prawej – dwie kamieniczki świeżo po remoncie (13 i 14). Widać też kawałek poddasza Domu Böhmego, na którym poprzedniego dnia miałem wykład:

DSC 1136 Kopiowanie 

Dalej – Muzeum Łużyckie (15), które rok temu przejęło Dom Böhmego:

DSC 1047 Kopiowanie 

Zaćmienie słońca obserwowaliśmy jeszcze w Zgorzelcu, przed Domem Böhmego:

DSC 1075 Kopiowanie 

A to jest most przez Nysę (tuż przy Domu Böhmego), łączący Zgorzelec i Görlitz:

DSC 1055 Kopiowanie 

I oto już jesteśmy w Görlitz, pielgrzymując do grobu Böhmego. Prowadzi dyrektor Muzeum Łużyckiego, Piotr Arcimowicz. Po lewej maszeruje Sebastian Krajewski, dalej ja z Marianem Wickim, a na końcu idą archeolog z Muzeum Łużyckiego z historykiem regionu.

DSC 1079 Kopiowanie

Görlitz jest piękne, co widać na załączonych zdjęciach:

DSC 1080 Kopiowanie 

DSC 1081 Kopiowanie

DSC 1085 Kopiowanie

DSC 1090 Kopiowanie

DSC 1096 Kopiowanie

W czasie pielgrzymki rozmawiam z Marianem Wickim o Jakobie Böhme:

DSC 1097 Kopiowanie

a Sebastian Krajewski z Piotrem Arcimowiczem podziwiają tramwaj:

DSC 1107 Kopiowanie

A oto i grób Jakoba Böhme. Pamięć o nim nie wygasła, czego świadectwem jest świeża gałązka lilii – jego godło i najważniejszy symbol. Na ciemnym kamieniu odnajdujemy wyryte odniesienie do Apokalipsy 3, 5: „Zwycięzca zostanie przyobleczony w szaty białe, i nie wymażą imienia jego z księgi żywota, i wyznam imię jego przed moim Ojcem i przed jego aniołami.” „Zwycięzcą” jest, oczywiście Jakob Böhme – jako oświecony, który przełamał bariery skończoności i został napełniony Duchem Świętym. Mamy tu więc Trójcę, którą tworzą Ojciec, Syn i Zwycięzca jako realnie istniejący Duch Święty. Trzy kwiaty lilii to właśnie symbol tej Trójcy i w szczególności trzech epok: epoki Ojca, epoki Syna i epoki Ducha Świętego. Zwiastunem świtu (jutrzenki, Aurory) tej trzeciej epoki jest właśnie Jakob Böhme. U góry po lewej stronie zdjęcia – Marian Wicki:

DSC 1118 Kopiowanie 

A na tym zdjęciu ja oddaję cześć Jakobowi: „Jakobie, jesteś wielki!”

DSC 1119 Kopiowanie 

Następnie udaliśmy się do „Łużyckiej Jerozolimy”, będącej celem religijnych pielgrzymek. Składa się ona z kościoła św. św. Piotra i Pawła, Drogi Krzyżowej i Świętego Grobu, który jest zespołem znajdujących się pod gołym niebem kaplic z epoki średniowiecza, stanowiący najdokładniejszą istniejącą replikę najważniejszych części Bazyliki Grobu Świętego w Jerozolimie. Oto wnętrze Kaplicy Grobowej:

Grób Jezusa 

Ale dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma go tu, ale wstał z martwych” (Łukasz 24, 5-6). W Epoce Ducha Świętego Chrystus powinien być taki, jak na tytułowej rycinie do Mysterium Magnum Böhmego, z trzema liliami w dłoni:

mm

 

Wyprawa do Zgorzelca - dzień pierwszy

Share on Facebook

W czwartek rano, 19.03.2015, wyruszyliśmy w podróż z Warszawy do Zgorzelca w składzie: ja, kompozytor Sebastian Krajewski i mój brat z Ameryki, Przemysław Nowicki. Podróż przebiegła znakomicie – 515 kilometrów w niecałe pięć godzin. Głównym celem podróży, ale oczywiście nie jedynym, było wygłoszenie przeze mnie wykładu w Domu Böhmego na temat światowego znaczenia zgorzeleckiego filozofa i teozofa (1575 – 1624) – najznakomitszego obywatela Zgorzelca w całej jego długiej historii. Dom Böhmego prowadzony jest obecnie przez Muzeum Łużyckie w Zgorzelcu, którego dyrektorem jest pan Piotr Arcimowicz. Pan Grzegorz z Görlitz, który miał nagrywać wykład, nawalił, w ogóle się nie zjawił. Był też na początku problem z wgraniem do komputera pliku z ilustracjami. Na zdjęciu widać, jak pan Piotr Arcimowicz zmaga się z oporem urządzeń elektronicznych, a ja i pan burmistrz Zgorzelca, Rafał Gronicz, patrzymy mu na ręce:

DSC 1014 Kopiowanie 

W końcu wdałem się w krótką rozmowę z panem burmistrzem – i od razu pan Piotr sobie poradził, o czym świadczy jego zadowolona mina:

 DSC 1015 Kopiowanie

Przez chwilę uwagę publiczności skupił na sobie młody archeolog zatrudniony w Muzeum Łużyckim (pierwszy z lewej). Słuchają go: pan dyrektor Muzeum, pan Adam Helik (Naczelnik Wydziału Funduszy i Rozwoju), pani Sylwia Makowska z Wydziału Promocji i Współpracy z Zagranicą. Pan burmistrz czeka jednak na wykład. Podobnie pan Marian Wicki (ten w kraciastej koszuli), od dawna zaangażowany w sprawę Jacoba Böhme i miasta Zgorzelec, który – z braku filmowca – nagrał część wykładu telefonem komórkowym.

 DSC 1017 Kopiowanie

I wreszcie wykład się zaczął, ale najpierw powitał wszystkich i przedstawił wykładowcę gospodarz Domu Böhmego:

 DSC 1018 Kopiowanie

Zacząłem od pokazania mojego tytułu do chwały, tzn. przekładu „Sześciu punktów teozoficznych” Böhmego. Na ekranie wyświetlona jest rycina tytułowa do „Opus Magnum” z tajemniczymi napisami pod spodem:

 DSC 1019 Kopiowanie

Publiczność słuchała z przejęciem:

 DSC 1022 Kopiowanie

Z tyłu również słuchali (pierwszy z lewej – Sebastian Krajewski):

DSC 1023 Kopiowanie 

I nie tylko słuchali, ale również patrzyli, zwłaszcza że niekiedy gesty były wymowniejsze od słów:

 DSC 1026 Kopiowanie

Zdjęcia robił mój brat, Przemysław Nowicki.

A oto opis drugiego dnia naszego pobytu w Zgorzelcu/Goerlitz.

 

Wszyscy Jeźdźcy Apokalipsy łączmy się

Share on Facebook

Kilka dni temu, 26 lutego 2015 roku, złożyli nam (mianowicie spółce autorskiej Światosław Florian Nowicki & Magdalena Walulik) wizytę dwaj panowie, autor licznych powieści sensacyjnych, Arkadiusz Niemirski, i badacz starożytnych misteriów i symboli, Igor Zenon Kuźmiak.

DSC 0932 20

W zeszłym roku ukazała się w „Wydawnictwie Wołoszański” ich wspólna powieść – „Prowokator”. Igor wniósł do wspólnego przedsięwzięcia część wyników swoich przeszło dwudziestoletnich badań, poniekąd detektywistycznych, a Arkadiusz osnuł wokół nich sensacyjną, wielowątkową akcję powieściową, dziejącą się współcześnie i utrzymaną w konwencji „Kodu Leonarda da Vinci” Dana Browna. Dodać od razu należy, że odkrycia Igora, przedstawione w powieści jako zagadki, które ostatecznie rozwiązuje były ksiądz, Nicolas Demetrios, związane są w szczególności z „Apokalipsą Świętego Jana”.

 DSC 0938 20

Nietrudno się więc domyślić, że to właśnie po linii „Apokalipsy” autorzy „Prowokatora” trafili do nas jako autorów „Tarota Apokalipsy”. Już wcześniej przeczytałem „Prowokatora” a Igor – „Tarot Apokalipsy”. Kiedy czyta się samodzielnie i suwerennie teksty, które weszły do kanonu Starego i Nowego Testamentu, łatwo znaleźć wspólny język z kolegą, który postępuje tak samo, i na odwrót, w żaden sposób nie można się w tym względzie dogadać z kimś, u kogo dominuje podejście konfesyjne i kto przyjmuje za obowiązującą prawdę tylko i wyłącznie wykładnię kościelną.

 

Tak więc zgodziliśmy się od razu, że święte teksty chrześcijaństwa z „Apokalipsą” na czele mają, oczywiście, sens, ale w wielu punktach całkiem inny niż ten, który nadaje im nauka Kościoła. Czy gdyby się okazało, że można ponad wszelką wątpliwość dowieść, iż wiele z tego, na czym się opiera realny Kościół Chrystusowy, jest po prostu nieprawdziwe, wymyślone, przeinaczone, to czy mogłoby to zachwiać Kościołem albo skłonić go do tuszowania za wszelką cenę prawdy? Otóż akcja „Prowokatora” opiera się właśnie na założeniu, że istotnie niebezpieczną dla Kościoła wiedzą na temat tajemnic dotyczących samych jego podstaw zainteresowanych jest wielu wytrawnych graczy z grona prawdziwych, a nieznanych szerszemu ogółowi władców tego świata, którzy będą chcieli wejść w jej posiadanie choćby po trupach, albo płacąc wielkie pieniądze.

 

I faktycznie, w powieści – zgodnie z konwencją gatunku literackiego – trup ściele się gęsto i jest też, oczywiście, dużo seksu i perwersji. Ale są przynajmniej dwa możliwe sposoby podejścia do tego rodzaju fikcji fabularnej. Albo istotą rzeczy jest sensacyjna akcja, a owe (odkrywane przez bohaterów powieści) pilnie strzeżone tajemnice ezoteryczne, wokół których się ona toczy, są wymyślone i na wszelki wypadek ujawniane czytelnikowi bardzo oszczędnie – przedstawiane bardziej w formie zapewnień niż demonstracji. Albo też, przeciwnie, istotą rzeczy są właśnie te odkrycia – zdaniem autora rzeczywiste i dające się sprawdzić, jeśli ktoś chciałby pójść wskazanym tropem, zapoznać się z historycznymi źródłami i dokonać własnej oceny ich znaczenia.

 

„Kod Leonarda da Vinci” Dana Browna jest dla mnie przykładem pierwszego podejścia (przez co może dziwić podjęta przeciw tej powieści akcja Kościoła), natomiast „Prowokator” – drugiego. To wyjaśnia, dlaczego Igor Zenon Kuźmiak i Arkadiusz Niemirski złożyli nam wizytę a w dwie godziny później spotkali się też z Jerzym Prokopiukiem.

Prokopiuk

Nasza rozmowa potoczyła się zgodnie z formułą: „Ja wiem, ty wiesz, a reszta?” Otóż moim zdaniem ta reszta nie tylko nie wie, ale przede wszystkim wcale nie chce wiedzieć. Wynika to choćby z mojego wpisu na blogu (z początku stycznia br.) na temat cudownej przemiany Ojca Posackiego. Tak więc nie chodzi wcale o to, żebyśmy w pełni uzgodnili poglądy w takich kwestiach jak ogólna i szczegółowa interpretacja „Apokalipsy”, czy też bogaty, absolutnie wywrotowy materiał na temat początków chrześcijaństwa, jaki zebrał Igor Zenon Kuźmiak z zamiarem wykorzystania go w kolejnej powieści, ale żeby w jakiejś mierze pewne zasadnicze sprawy dotarły i trafiły właśnie do tej reszty. Temu, oczywiście, miała służyć forma powieści w przypadku „Prowokatora” i forma talii tarota i na poły beletrystycznej formuły książki na jej temat, czyli „Tarota Apokalipsy”. I zasadnicze pytanie brzmi: z jakim skutkiem i co jeszcze należałoby w tym kierunku przedsięwziąć, żeby osiągnąć zadowalający efekt?

 DSC 0940 20

Moim zdaniem sprawa jest w toku, gdyż nad światem krąży widmo, widmo kryzysu Kościoła. I dlatego na dzień dzisiejszy rzucam hasło:

Wszyscy jeźdźcy apokalipsy łączmy się!   

blue horse man rainbow 40      Magdalena Walulik - Jeździec Apokalipsy, olej       

Bóg jest Miłością - komentarz do wykładu Jana Witolda Suligi

Share on Facebook

Wczoraj, 31.01.2015, w warszawskim Tarabuku odbył się wykład Jana Witolda Suligi na temat kabały. Wykład ten został zapowiedziany jako inauguracja całego cyklu poświęconego kabale i odpowiednio do tego miał charakter ogólny i dotyczył rzeczy elementarnych. Po godzinnym wykładzie były liczne pytania do prelegenta i dyskusja. Nagranie z tego spotkania zostanie niebawem udostępnione w sieci dzięki niezawodnemu Tadeuszowi Serwatce.

Jednym z głównych wątków wykładu i dyskusji była gematryczna ekwiwalencja (taka sama wartość liczbowa = 13) hebrajskich słów oznaczających „jeden” (echad) i „miłość” (ahabah) – ekwiwalencja zawierająca sugestię, że Jeden Bóg jest Miłością.

Miałem zamiar w dyskusji rozwinąć trochę na sposób kabalistyczno-filozoficzny ten ciekawy wątek, ale zdążyłem jedynie zasygnalizować dwa wątki. Pierwszy dotyczący ciekawej paraleli ze spekulacją Jakoba Böhme, który pierwszym określeniem Absolutu (Ungrund, Nic) czyni żądzę (Sucht, rzeczownik wywodzony przez niego od suchen = szukać). To Nic jest dynamiczne, dąży bowiem do Czegoś, szuka Czegoś, a ponieważ niczego nie ma, więc ostatecznie znajduje to Coś w sobie samym jako w tym dążeniu. W ten sposób Absolut staje się odniesieniem do samego siebie.

Jak się ma żądza do miłości? U Böhmego sprawa jest dokładnie wyjaśniona: żądza jest określeniem Ojca (Boga w gniewie, który uzyskuje życie w formie ciemnego, niszczącego ognia), a miłość – Syna (Boga w miłości, który jest światłem powstającym w rezultacie sublimacji ciemnego ognia). Omawia on to dokładnie m.in. w swoich „Sześciu punktach teozoficznych”, a ja to obszernie komentuję w swojej przedmowie do tej rozprawki (książka ma już dodruk).

Drugą sprawą, którą zasygnalizowałem, był szczególnego rodzaju związek między gematryczną wartością (13) hebrajskich słów oznaczających „jeden” i „miłość” a wartością liczbową tetragramu, która wynosi 26 = 13 x 2. Jest w tym sugestia, że Jeden Bóg jest czymś jednym dzięki odnoszeniu się do samego siebie, czyli dzięki temu, że istnieje dla samego siebie. Ma więc w sobie podwojenie i w tym podwojeniu może być miłością, o ile miłość zakłada właśnie odnoszenie się do czegoś – najpierw do samego siebie.

Nie zdążyłem jednak pokazać trzeciego tropu zawartego w ekwiwalencji: Jeden = Miłość = 13. Otóż 13 może się z pewnością skojarzyć kabaliście chrześcijańskiemu z jednością w trójcy, w której jedność jest określeniem nadrzędnym, gdyż jedynka jest w tym zapisie (w systemie dziesiętnym) określeniem o jeden rząd wyższym niż trójka. I tu przypomniałem sobie, że napisałem kiedyś rozprawkę kabalistyczną (choć daleką od jakiejkolwiek kabalistycznej tradycji) pt. „Ezoteryczny sens pierwszego wersetu Księgi Rodzaju”, w której z moich spekulacji też ta Trójca się wyłaniała.

Czwartym tropem zawartym w ekwiwalencji Jeden = Miłość = 13 jest jedność w podwojeniu rozumianym jako 1 + 12, w którym jeden to Bóg jako Oblubieniec a 12 to dwanaście domów Izraela jako Oblubienica. Ten sam układ występuje zresztą w chrześcijaństwie jako 1 Jezus + 12 apostołów. Odsyła on do systemu dwunastkowego, znanego choćby jako podział roku na 12 miesięcy, czy też ekliptyki na 12 znaków zodiaku. Jest to cykl, w którym 13 element jest na powrót pierwszym elementem. Jeśli traktujemy ten cykl jako spiralę, to trzynaście byłoby wyższym gradientem jednego. W tym sensie gematryczna wartość hebrajskiego słowa „jeden” wskazywałaby od razu na to, że jedność urzeczywistnia się na coraz wyższych gradientach: 1, 13, 25, 37, 49, 61, 73…

Siódmy element tego ciągu, 73, to gematria hebrajskiego słowa "Chochma", oznaczającego Mądrość, która zbudowała swój dom na siedmiu kolumnach… Ale dość już na dzisiaj.

Lewitujący Tygrys, kto kogo nazwał dupkiem i czy Pan z Zaświatów to diabeł

Share on Facebook

Ostatnio Jarek Zelnio udostępnił na swoim profilu facebookowym nagranie z programu Jana Pospieszalskiego (w ramach cyklu „Warto rozmawiać”) „Kto się boi egzorcysty?”, z jesieni 2010 roku, w którym między innymi i ja miałem okazję wystąpić. W dyskusji nawiązaliśmy w szczególności do (ok. trzyminutowego) następującego fragmentu programu (0:32:54 – 0:35:45):

«Światosław Nowicki: Są takie świadectwa, są inne. Tutaj świadectwa były dobrane jednostronnie. My też możemy jakieś świadectwa złożyć i to będą świadectwa inne.

Jan Suliga: Nie, to były bardzo dobre świadectwa!

Światosław Nowicki: No dobrze, ale może skończę. Słyszałem, że pan [Robert Tekieli] kiedyś stwierdził, czy napisał, że w Klubie Gnosis szatan grasuje. Ja byłem prezesem [Klubu Gnosis] 8 lat i niczego takiego nie zauważyłem. W związku z tym mogę dać świadectwo, że uczestniczyłem w tym tydzień w tydzień przez 8 lat i czuję się dobrze i nie widziałem, żeby to komuś zaszkodziło, żeby tam jakieś szatańskie energie w powietrzu krążyły. Więc moim zdaniem świadectwo takie, a w związku z tym i inne, jakie pan będzie dawał, są wątpliwe dosyć.

Jan Suliga: To są bardzo dobre świadectwa, naprawdę, świetne są!

Światosława Nowicki: Ja mogę złożyć świadectwo o swoich kontaktach ze światem duchowym. One oparte są na zasadzie pełnego poszanowania wolności, nawet do przesady. Podlegają one pewnym ograniczeniom, no bo zasadniczo nie po to żyjemy w materii, żeby kontaktować się z jakimś innym światem. No, ale dla pewnych ludzi, czy w pewnych sytuacjach, czy jeżeli chodzi o jakieś sprawy o znaczeniu ogólnym, te kontakty są wskazane i one są.

Np. w latach dziewięćdziesiątych bardzo się nasiliło zjawisko zwane channelingiem. Nawet u nas, w Polsce. Pani Elżbieta Nowalska jest przykładem takiego medium. Ja uczestniczyłem w tym, jak ona [to] zaczęła – to było w roku 1994. Mogę dać świadectwo, co tam się działo i jak reagowali np. ludzie, którzy mieli obciążenia chrześcijańskie. Był w owym czasie w Polsce taki ezoteryk z Armenii, Tigran Chaczaturian, na którym wielkie wrażenie te istoty zrobiły, no ale ponieważ był chrześcijańskim ezoterykiem, to od razu się zwraca do takiej jakiejś wielkiej energii, jak to się wówczas mówiło, żeby powtórzyła Credo, że wierzę w Jezusa Chrystusa, Syna Jednorodzonego [itd.]. I z czym się spotkał? No, obśmiał go tamten duch. I w związku z tym pan Chaczaturian powiedział: „diabeł!” A tamten powiedział – „dupek!” No i tak się skończyła ta rozmowa. Co za sens ma zwracanie się do istoty duchowej z żądaniem, żeby Credo klepała?

Ojciec Posacki: Pytanie o tożsamość właśnie.

Robert Tekieli: No i dla każdej osoby, która słuchała tego, co pan powiedział, no jakby tożsamość tej osoby jest oczywista. […]»

Oczywista zapewne w tym sensie, że jest to tożsamość diabelska. Otóż nie dla każdej osoby, z pewnością nie dla każdej. Śmieszne jest przeświadczenie, że religia katolicka daje jednoznaczny klucz do ustalania tożsamości każdej zaświatowej istoty i że katolik wie lepiej, jak wyglądają duchowe zaświaty, od istot faktycznie w nich bytujących. Spośród istot, których dotyczyło to sprawdzanie tożsamości, jedna, jakby najwyższa rangą z całej gromady energii, z którymi miała kontakt Elżbieta Nowalska, nazwała się na użytek tych kontaktów „Panem z Zaświatów”, a druga z kolei wybrała sobie imię „Wojtek”, żeby nie stwarzać niepotrzebnego dystansu, co by było nieuniknione, gdyby występowała w religijnym majestacie boskości. Komunikat z ich strony był jasny, mianowicie że nie należy ich przypasowywać do naszych chrześcijańskich wyobrażeń, bo nasza wiedza na ich temat jest mizerna i w wielu punktach nieprawdziwa, a poza tym i tak nie mamy możliwości sprawdzenia, kim są i czy ewentualnie byliby faktycznie tymi, za których by się podali, wymieniając jakieś znane nam imiona. Mamy więc raczej koncentrować się na tym, czy podoba się nam to, co mówią, a nie na tym, kim są, czego zresztą i tak nie bylibyśmy w stanie pojąć. Dla mnie było to całkowicie logiczne. Ale dla wspomnianego przeze mnie armeńskiego ezoteryka, Tigrana Chaczaturiana, najwyraźniej nie.

Otóż Tigran Chaczaturian, zwany „Lewitującym Tygrysem”, który przyjechał do Polski w roku 1993, może i lewituje, może i w myślach czyta, ale swym dogmatycznym podejściem do świata duchowego, z którym umie przecież nawiązać osobisty kontakt, nie wystawił sobie – moim zdaniem – zbyt dobrego świadectwa. Tu przyznam się, że pomyliłem się w swojej telewizyjnej relacji na ten temat, twierdząc, iż to Pan z Zaświatów nazwał go dupkiem, co sprostowała później Elżbieta Nowalska, wyjaśniając, że faktycznie takie słowo padło, ale jednak nie z „ust” zaświatowych energii.

Ochrzanił mnie za to Jarek Zelnio, który niedawno z jakichś powodów dał linka do tego programu telewizyjnego Jana Pospieszalskiego na swoim profilu, a ja z tej okazji wyjaśniłem mu, że nie znam osobiście Tigrana Chaczaturiana, a z tym „dupkiem” to jednak trochę przekręciłem, choć jako pointa było to niezłe:

«Jarek Zelnio: Chrześcijański ezoteryk – czy to nie stoi ze sobą w sprzeczności? Hmm… Zaciekawił mnie ten lewitujący Tygrys (Tigran Chaczaturian), ponieważ swego czasu był wystosowany apel kobiet wykorzystywanych przez Tigrana. Nie wiem, jak się ta sprawa zakończyła.

Światosław Nowicki: No tak, to był lewitujący Tygrys, ale w sumie niewiele o nim wiem – nie interesowałem się nim. Nie wiem, czy to stoi w sprzeczności, czy nie. W każdym razie testował istotę duchową za pomocą chrześcijańskiego Credo i tak o nim mówili [– chrześcijański ezoteryk].

Jarek Zelnio: Wie Pan, p. Florianie, co mnie niepokoi? To, że tak mało wiesz o Tigranie, podajesz go w rozmowie w telewizji publicznej jako przykład, mówisz, kto komu dupek powiedział, a później przyznajesz, już po programie, że się myliłeś. Wiem, że do tej debaty był Pan zaproszony w ostatniej chwili, ale to nie tłumaczy tego, żeby podawać nieprawdziwe historie.

[…]

Światosław Nowicki: Co Pan taki surowy? W programie, w którym nie wiadomo, czy, o co i kiedy prowadzący cię zapyta, nie ma czasu na zastanawianie się nad każdym słowem, wszystko idzie na żywioł, to nie jest debata naukowa ani przewód sądowy, tylko widowisko medialne.»

No cóż, skoro to nie „Pan z Zaświatów” użył słowa „dupek”, to moje świadectwo o nim jest jeszcze lepsze, bo jest oczyszczony z zarzutu braku kultury. Co do wykorzystywanych przez Tigrana kobiet, to – jeżeli była to prawda – nie wiadomo, czy jest to skutek tego, że był ezoterykiem, czy raczej tego, że był chrześcijaninem, albo tego, że jedno z drugim łączył – czy może w ogóle nie ma to związku z żadną z tych okoliczności. A czy można mówić o Tigranie „chrześcijański ezoteryk”? Skoro jest i ezoterykiem, i chrześcijaninem, to czemu nie? Czy dlatego, że dla Jarka Zelnio jedno się z drugim wyklucza? Ważne jest, że dla samego Tigrana jedno z drugim się ze sobą łączy, choćby skutki tego były niefortunne, zarówno dla niego jako chrześcijanina, jak i dla niego jako ezoteryka. Czy jednak sama opowiedziana przeze mnie historia, choć znana mi z drugiej ręki, jest w ogólnych zarysach prawdziwa, czy może ją sobie po prostu wymyśliłem?    

Znalazłem na ten temat w internecie świadectwo Piotra Arkadiusza Kociszewskiego. I nie chodzi mi tu bynajmniej o kompetencje autora w testowanie poziomu duchowego Tigrana, ani o to, czy mówimy o tym samym wydarzeniu (raczej nie), ale wyłącznie o świadectwo na temat jego poglądów i podejścia do tych zaświatowych istot.

Oto stosowny fragment jego książki ZA KULISAMI U BOGA, Wydawnictwo Psychoskok, 2012, ISBN: 978-83-933996-1-1, s. 156-157:

«JAK ROZPOZNAĆ DOBREGO JASNOWIDZA LUB WRÓŻBITĘ

Byłem kiedyś wraz z Elżbietą [Nowalską] na spotkaniu u jasnowidza. Zamieszkał on w Warszawie i zaangażował się w rozpowszechnianie teologii katolickiej, wrzucając ją do jednego kubła z ezoteryką. Ja, patrząc z perspektywy parapsychologii, widzę to zupełnie inaczej. Jasnowidz chciał koniecznie sprawdzić energie, jakie kontaktują się z Elżbietą, porównując je z postaciami świętymi. Chciał również określić poziom, na jakim znajdują się te energie.

Armeńskiego jasnowidza Tigrana Chaczaturiana darzę sympatią. Jest znakomitym wykładowcą i jasnowidzem. Jednak po krótkiej rozmowie z nim stwierdziłem, że zbytnio wpoił sobie dogmatyczne pojęcia religijne i bazuje na nich. W gruncie rzeczy nie są dla mnie istotne jego poglądy, ponieważ każdy idzie swoją ścieżką. Ale moja droga biegnie nieco inaczej. W dyskusjach Tigran bardzo dociekał, jakiego typu energie kontaktują się z Elżbietą. Pamiętam, jak zażartą dyskusję prowadził z zaświatami, a energie „Pan z zaświatów” i „Wojtek” lawirowały, wymigując się od odpowiedzi na zadawane pytania. Chaczaturian niejednokrotnie był na ich tropie. Za każdym razem „migali się” pozostawiając wiele niedomówień. Choć nawiązywał do teorii lucyferowskich energii, oni temu zaprzeczali. Tigran nawiązywał do postaci biblijnych, dając przykład Jezusa, którego działalność opierała się na czynieniu dobra, a nie zła.

Spytałem go, co myśli o trójcy, chcąc się upewnić, jaką prezentuje koncepcję. Odpowiedź była jednoznaczna: w sensie biblijnym każda osoba przedstawia odrębną postać. Znużyły mnie te dyskusje i wypuściłem myślokształt: „Elżbieta, co my tu robimy, wysłuchując religijnych pojęć?” – patrzyłem na Tigrana. Oczywiście, nie upłynęło wiele czasu, kiedy zaczął mi tłumaczyć, że to są jego poglądy, że kocha Jezusa i że jest on dla niego wzorem życiowym. Myślę, że ma do tego pełne prawo! Zadałem to pytanie, ponieważ chciałem zorientować się, czy jest dobrym odbiorcą mentalnym, jasnowidzem. I rzeczywiście, potwierdził swój wysoki poziom rozwoju duchowego.»

Od pierwszych kontaktów Elżbiety Nowalskiej z Panem z Zaświatów i z całym kręgiem towarzyszących mu innych istot duchowych minęło już przeszło dwadzieścia lat. Kontakty te nadal trwają, Elżbieta czuje się dobrze i świetnie sobie radzi w życiu. Ja, który też się na początku w to zaangażowałem i cały w tych energiach skąpałem, też jestem zupełnie zdrowy, praktycznie w ogóle nie choruję, czuję się silny duchowo i nie mam żadnych problemów z pustką wewnętrzną, wypaleniem – cele życiowe i ogólny sens życia mam dość jasno wyklarowane. Jeżeli Pan z Zaświatów i wspomniana reszta energii – Myślicieli Zaświatowych – to diabły z piekła rodem, to chwała niech będzie takim „diabłom”. Ale moim zdaniem taka o nich opinia to pieprzenie bez sensu albo cyniczna katolicka manipulacja. Oto moje świadectwo.      

Pobekiwanie owiec i milczenie pasterza

Share on Facebook

Duże zainteresowanie moim tekstem „Cudowna przemiana Ojca Posackiego, czyli idzie Nowe”, który po niedawnym udostępnienieniu przez Jarka Zelnio uzyskał bardzo dużo polubień (w tym momencie 492) i wywołał ostrą dyskusję na facebooku, skłoniło mnie do rozwinięcia wątku, który został tam zaledwie zaznaczony – wątku pasterza i owiec z Księgi Zachariasza z odniesieniami do ewangelii. Przez pasterza rozumiem w tym wypadku Ojca Posackiego a przez owce – grono dyskutantów z jego facebookowego portalu społecznego, mocno zaniepokojone tym, co się obecnie dzieje z Ojcem, a zwłaszcza jego milczeniem. Natomiast w relacji Księga ZachariaszaNowy Testament pasterzem jest, oczywiście, Jezus Chrystus, a owcami jego uczniowie.
 
I dobrze będzie przyjrzeć się trochę dokładniej, co właściwie jest napisane na ten temat we wspomnianych księgach Pisma Świętego. Wiem wprawdzie, że przez wielu katolików wszystko, co powiem na ten temat, z góry będzie uznane za manipulację, mataczenie i mącenie ludziom w głowach, bo nie tłumaczę z „autorytetu Kościoła”, z natchnienia Duchem Świętym, lecz z podszeptu szatana, ale z pewnością znajdą się też tacy, którzy podejdą do sprawy bez takich uprzedzeń i podejmą rzeczową dyskusję.

Nowy Testament nawiązuje do Księgi Zachariasza wielorako. Szczególnie interesujące jest nawiązanie w Apokalipsie (11, 3-4) do wizji złotego świecznika i dwóch drzew oliwnych (4, 2-14), którą podejmuje przede wszystkim chrześcijaństwo ezoteryczne, tzn. raczej elitarne, bo też i Apokalipsa jest księgą zdecydowanie ezoteryczną. Natomiast występujące w ewangeliach aluzje do Księgi Zachariasza są, delikatnie mówiąc, mocno bulwersujące. I dobrze byłoby nie chować głowy w piasek, lecz odważnie skonfrontować się z tą sytuacją.
Czytamy u Mateusza (26, 31, podobnie Marek 14, 27): „Wtedy mówi do nich Jezus: Wy wszyscy zgorszycie się ze mnie tej nocy; napisano bowiem: Uderzę pasterza i będą rozproszone owce trzody.” Gdzie napisano? W Księdze Zachariasza 13, 7: „Ocknij się, mieczu, przeciwko mojemu pasterzowi i przeciwko mężowi – mojemu towarzyszowi! – mówi Pan Zastępów. – Uderz pasterza i będą rozproszone owce, ja zaś zwrócę swoją rękę przeciw maluczkim.”

Kolejne dwa wersety (13, 8-9) wyjaśniają, że Pan Zastępów nie lubi maluczkich, że są oni dla niego nieprzydatni: „I stanie się w całym kraju – mówi Pan: Dwie trzecie zginą i pomrą, a tylko trzecia część pozostanie z nim. Tę trzecią część wrzucę w ogień i będę ją wytapiał, jak się wytapia srebro, będę ją próbował, jak się próbuje złoto. Będzie wzywać mojego imienia i wysłucham ją. Ja powiem: Moim jest ludem, a ona odpowie: Pan jest moim Bogiem.” To wszystko jest raczej jasne: lud Boży trzeba odpowiednio ukształtować, żeby zadowolił Boga. W istocie stworzenie nie kończy się na „sześciu dniach” z pierwszego rozdziału Księgi Rodzaju, ale jego kontynuacją są dzieje ludu wybranego, opisane w Piśmie Świętym, których celem jest Nowe Jeruzalem.

Metafora złota w ogniu wypróbowanego pojawia się w Apokalipsie (roz. 3), w kontekście, który sugeruje całkiem inną niż obiegowa interpretację wygnania z Raju: „Ponieważ mówisz: Bogaty jestem i wzbogaciłem się, i niczego nie potrzebuję, a nie wiesz, żeś pożałowania godzien nędzarz i biedak, ślepy i goły, radzę ci, abyś nabył u mnie złota w ogniu wypróbowanego, abyś się wzbogacił i abyś przyodział szaty białe, aby nie wystąpiła na jaw haniebna nagość twoja, oraz maści, by nią namaścić oczy twoje, abyś przejrzał.” (Apokalipsa 3, 17-18). Czyż nie jest to nawiązanie do Księgi Rodzaju 3, 7: „Wtedy otworzyły się oczy im obojgu i poznali, że są nadzy”?  Z czego by wynikało, że werset 3, 16: „A tak żeś letni, a nie gorący ani zimny, wypluję cię z ust moich” określa mianem letniości stan niewinności w Raju, przeciwstawność gorąca i zimna występuje jako odpowiednik różnicy dobra i zła, którą Adam z Ewą poznali po skosztowaniu zakazanego owocu, a wyplucie z ust oznacza wygnanie z Raju, do czego można odnieść werset 3, 19: „Wszystkich, których miłuję, karcę i smagam.”

Wątek alchemicznej przemiany człowieka nie zawiera niejasności ani dwuznaczności. Bardziej – jak mówiłem – bulwersujący jest wątek maluczkich jako owiec przeznaczonych na rzeź: „Tak rzekł Pan do mnie: Paś owce przeznaczone na rzeź” (Księga Zachariasza 11, 4). Są to owce dla „handlarzy owiec”, dwie laski pasterskie nazywają się „Przychylność” i „Jedność”, łamiąc je, narrator zrywa przymierze zawarte ze wszystkimi ludami, tracą więc one jego przychylność i jego troskę o ich jedność, a co więcej w tym kontekście pojawia się „trzydzieści srebrników”, które znamy z Ewangeli według świętego Mateusza (26, 15) jako zapłatę dla Judasza za wydanie Jezusa: „I rzekł: Co mi chcecie dać, a ja go wam wydam? Oni zaś wypłacili mu trzydzieści srebrników”. U Zachariasza (11, 12-13) brzmi to zaś tak: „Wtedy rzekłem do nich: jeżeli uznacie to za słuszne, dajcie mi należną zapłatę, a jeżeli nie, zaniechajcie! I odważyli mi jako zapłatę trzydzieści srebrników. Lecz Pan rzekł do mnie: Wrzuć je do skarbca, tę wysoką cenę, na jaką mnie oszacowali! Wtedy wziąłem trzydzieści srebrników i wrzuciłem je w świątyni do skarbca.”

O co tu chodzi, jakie odniesienie ma ta historia z Księgi Zachariasza do historii Jezusa Chrystusa z ewangelii? Czy Judasz jest odpowiednikiem narratora z tej starotestamentowej księgi, czyli proroka Zachariasza, a Zachariasz sprzedaje owce przeznaczone na rzeź handlarzom, by pieniądze oddać Panu Zastępów, składając je w skarbcu świątynnym? Czy „maluczcy” to właśnie owce przeznaczone na rzeź? Wygląda na to, że tak – w świetle zacytowanego już zdania: „Ja zaś zwrócę swoją rękę przeciw maluczkim.” Jak w tym kontekście przedstawia się kościelna propaganda, zgodnie z którą „maluczki” jest pozytywnym wzorem osobowym? Czy jest to po prostu cyniczny interes z tajemniczymi „handlarzami owiec”, który prowadzi Pan Zastępów za pomocą swoich pomocników takich jak Zachariasz, któremu zresztą te owce szybko się uprzykrzyły (11, 8)? Dlaczego Jezus w Ewangelii Jana najpierw stara się uwiarygodnić siebie jako dobrego pasterza (10, 1-16), tak jakby polemizując z wersetami 11, 16-17 z Księgi Zachariasza o pasterzu nieużytecznym, a następnie uznaje, że dla dobra uczniów swoich musi odejść z tego świata (Jan 16, 7), żeby – gdy zabraknie pasterza – przestali być „owcami”, które idą za pasterzem, ale podjęli własny wysiłek duchowy, otwierając się na Ducha Świętego?             

Nie trzeba chyba rozplątywać całego tego zagadkowego splotu, jaki stanowi nawiązanie w Nowym Testamencie do Księgi Zachariasza w kontekście wątku pasterza i owiec, żeby wyciągnąć jedynie słuszny wniosek:

Absolutnie nie należy być „maluczkim”, drodzy katolicy, to „kanał”, w który ktoś was cynicznie wpuścił!

 

Teraz dodam dwa komentarze księdza Jarka Kubackiego z Holandii. Pierwszy w związku z pytaniem, jakie mu zadałem z okazji tekstu „Cudowna przemiena Ojca Posackiego, czyli idzie Nowe”: A jak na tym tle przedstawiają się Twoje owieczki?

Odpowiedział tak: „Pomijając już nawet to, że chyba nigdy w życiu o nikim nie pomyślałem jako o 'owieczce' (chociaż skądinąd jest to ciekawy symbol), przede wszystkim czytam takie spory w dużym stopniu tak, jak bym był z innej planety. Zarówno podejście do zagadnień tu poruszanych jak i same zagadnienia są mi obce. Przed dojściem do wniosku, że jestem z zupelnie innej planety, chronią mnie dwa wątki: pytanie o Hegla i kabałę/teozofię Boehmego oraz wątek wschodnio-platoński. Pierwsza refleksja: Hegel wraca do łask i to mnie niesamowicie raduje, rownież jako teologa. Po drugie, właśnie przygotowałem sobie kilka artykułów do przeczytania na temat Hegla i kabały i nawet zacząłem czytać, ale do poparcia tezy Bielik-Robson mi jeszcze daleko. Na razie opowiadam się za Boehmem jako źrodłem inspiracji Hegla, przy czym jestem zdania, że Hegel jednak podszedł do 'teutonskiego filozofa' nader wybiórczo. By ujrzeć oddziaływanie Boehmego w całej pełni, musimy jednak odwolać się jeszcze do paru innych myślicieli: Saint-Martina, Franza Baadera i całego wątku rosyjskiego (rosyjscy martyniści, Chomiakow, Sołowjow, Bjerdjajew i in.). I tu można od razu przejść do drugiego wątku, który mnie zaciekawil: platońsko-prawosławnego. Po raz kolejny obserwuję to samo zjawisko: jak zanurzenie sie rzymskiego teologa w te tradycje ratuje z fundamentalizmu. Pomimo – skądinąd rownież szerzącego się i mającego się, niestety, nader dobrze – rodzimego fundamentalizmu prawosławia po raz kolejny weryfikuje się pogląd Nowosielskiego, że 'katolicyzm lubi odpowiadać na pytania, a prawoslawie lubi pytania bez odpowiedzi'. To właśnie widać w tym nowym wcieleniu o. Posackiego. Natomiast istotnie przeraził mnie ten inny ksiądz. Pytać o zasadniczą różnicę między Lurią a Boehmem to jak pytać, czy jest różnica między wdechem (cimcum), a wydechem...”

A oto jego komentarz do obecnego tekstu „Pobekiwanie owiec i milczenie pasterza”:

Nie jestem egzegetą, nie wejdę więc (przynajmniej na początek – może potem dyskusja mnie do tego skłoni) w dyskurs biblijny, tylko od razu 'wezmę na warsztat' Twoją konkluzję na temat 'maluczkich': 'Absolutnie nie należy być „maluczkim”, drodzy katolicy, to „kanał”, w który ktoś was cynicznie wpuścił!'. Po przeczytaniu moja myśl uciekła najpierw ku slynnemu tekstowi Kanta 'Was ist Aufklärung?' i ku jego uskrzydlonemu pierwszemu zdaniu: 'Aufklärung ist der Ausgang des Menschen aus seiner selbstverschuldeten Unmündigkeit' ('Oświecenie jest wyjściem człowieka ze [stanu] zawinionej przez niego samego niedojrzałości/ubezwłasnowolnienia').

Nie ma tu czasu na szersze udowadnianie tej tezy, ale sama teza postawiona być musi – jako punkt wyjścia. Otóż, moim zdaniem, to samo można powiedzieć o misji Jezusa Chrystusa. Jej celem nigdy nie było tworzenie 'chrześcijan' ('maluczkich', 'owieczek') lecz dzielenie się Chrysusowym impulsem (tu się kłania Steiner), przez co ci, którzy wyruszą Jego drogą, staną się Chrystusami, osiągną stan świadomości Chrystusa. Kiedyś sporą popularnością cieszyła się książka pod intrygującym tytułem 'Jeżeli spotkasz Buddę, zabij go'. Istotą jej przesłania było, że Buddy trzeba się koniecznie pozbyć, ponieważ stanowi on ostateczną przeszkodę na drodze do własnego oświecenia. Jest to dokładnie to samo, co Ty opisujesz słowami: 'Dlaczego Jezus w Ewangelii Jana najpierw stara się uwiarygodnić siebie jako dobrego pasterza (10, 1-16), tak jakby polemizując z wersetami 11, 16-17 z Księgi Zachariasza o pasterzu nieużytecznym, a następnie uznaje, że dla dobra uczniów swoich musi odejść z tego świata (Jan 16, 7), żeby – gdy zabraknie pasterza – przestali być „owcami”, które idą za pasterzem, ale podjęli własny wysiłek duchowy, otwierając się na Ducha Świętego?' Jak dla mnie, możesz spokojnie usunąć ten znak zapytania.

Osobiście dodam do tego inny cytat, z jednego z ciekawszych, acz mało znanych polskich myślicieli religijnych, który w ubiegłym stuleciu staral się odnowić tradycję braci polskich, Karol Grycz-Śmiłowski (ostrzegam, że będzie długi, ale warto, choćby z uwagi na niesamowity styl tej wypowiedzi!):

'Jezus nie był teologiem. Nie podawał on systemu wierzeń, które trzeba przyjąć, aby uzyskać zbawienie. Jezus był natomiast genialnym religijno-społecznym działaczem. Religijność jego polegała na głębokim, mistycznym wyczuciu, że Bóg mieszka przede wszystkim w sercu człowieka i że ten, kto to sobie uświadomi, dokonać może nadzwyczajnych czynów. Tu leży źródło Jezusowej ,,wiary, góry przenoszącej”. Poczuł się ,,jedno z Ojcem”, najściślej z Bogiem złączonym. Jezus natomiast nigdy, choć mocno podkreślał autorytet swój, nie podawał się za Boga. Złączony ściśle z Bogiem, zrozumiał Jezus posłannictwo swoje, poczuł się Wysłannikiem Bożym, Mesjaszem-Chrystusem. Zadanie swoje widział w gruntownej zmianie ówczesnych pojęć religijnych. Chciał odwracać od ceremonializmu ku religijnemu pogłębieniu każdej jednostki, a przez to dążył do gruntowej przebudowy społecznej. Wyśnił przepiękną wizję nowego człowieka i nowego społeczeństwa, które sobie nareszcie uświadomi duchowe podstawy bytu i nie będzie już z ciemnych jaskiń złowrogich systemów wychodziło tylko na żer, ale do najszczytniejszych będzie zdążać sfer. Wiara ta była tak potężna, wizja tak wyraźna, że widział zbliżające się tuż, tuż na ziemię ,,Królestwo Boże”! Czasy były rzeczywiście przełomowe. Nad środowiskiem żydowskim, w którym działał, wisiał ciężki przełom (rok 70-ty), który miał zaważyć na życiu nowej jego religijnej społeczności, usamodzielnić ją i przez to stworzyć nową epokę. Wyczuł to Jezus i nie omylił się, choć zbyt jaskrawymi barwami, czy on sam, czy ewangeliści, ten przełom przedstawił. Przełom nastąpił, ale nie przyniósł tego, czego pragnął Jezus. Zawiedli ludzie! Tragedią wielkich ludzi jest zazwyczaj to, że nie pozostawiają po sobie odpowiednich następców. Jezus nieraz się skarżył, że go zrozumieć nie mogą jego uczniowie. Z potęgi religijnego natchnienia Jezusowego stworzyli oni nie ,,Królestwo Boże”, ale system teologiczny: z bohaterskiej śmierci Jezusa, który umarł w boju z klerykalizmem o wolność religijną człowieka, z jego ofiary miłości stworzyli późniejsi, począwszy od apostoła Pawła, ubłagalną ofiarę za grzech pierworodny i grzechy świata. To umożliwiło wprowadzenie na nowo ofiarnika – kapłana – pośrednika, który przerwał bezpośrednią łączność wolnego człowieka z Bogiem i zagasił źródło religijnego natchnienia, tak żywo bijące u Jezusa. Nauka Jezusowa była bardzo prosta. Zapytany o jej podstawę odpowiedział: ,,Jeden jest Bóg. Będziesz Go miłował z całego serca swego, ze wszystkiej siły i myśli swojej, a bliźniego swego jak siebie samego. Ważniejsze to niż całopalenia i ofiary! To czyń, a będziesz żył!” Nieśmiertelne Kazanie na Górze (Mat. 5-7), proste podobieństwa, oparte na zjawiskach przyrody i życia, streszczały cały światopogląd, poparty wzniosłym przykładem jego życia i nieustraszoną odwagą w boju z zacofaniem'.

Chrześcijaństwo zostało opanowane przez ludzi, którym wcale nie zależało na duchowej niezależności, na swobodzie własnych poszukiwań. Oni chcieli po prostu kolejnej religii, w imię której namaszczeni 'pasterze' będą prowadzić bezwolne/niedojrzale/unmündige 'owieczki' ku swoim celom! Czy postawą pierwszych 'ludzi drogi' (jak nazywano tych, których zainspirowała postawa Jezusa) była postawa pokornych 'maluczkich'? Zazwyczaj tak się to przedstawia. Zupełnie inaczej widział to jednak niezwykle ciekawy holenderski teolog prof. Gustav A. van den Bergh Eysingha (1874-1957). Był on heglistą, przedstawicielem tzw. 'radykalnej szkoły krytycznej'. Postać Jezusa traktował jako 'historycyzację/uhistorycznienie mitu Chrystusa', które miało miejsce w ogniu polemik między 'mainstreamem' i chrześcijaństwem gnostyckim. W swojej książce 'Misterium Chrystusa' poświęcił również ciekawy rozdział swojej wizji pierwszych gmin chrześcijańskich. Jego zdaniem postawa ich członków nie była bynajmniej postawą pokornych owieczek. O wiele bardziej charakteryzował ich pewien arystokratyzm, obajwiający się m.in. rezerwą wobec świata zewnętrznego, jego porządków, zasad, kanonów. Ci ludzie mieli świadomość przynależności do społeczności 'wiedzących', świadomych, i była to świadomość niepozbawiona dumy. Niestety, nigdzie indziej nie spotkałem się jak dotąd z rozwinięciem tej tezy. A szkoda... To może tyle na razie. I tak się strasznie rozpisałem.

 

Hegel, Hegel, Hegel...

Share on Facebook

Wczoraj odbyło się zapowiadanie od dawna spotkanie Koła Naukowego Filozofii Religii UW. No cóż, tłumów nie było, ale za to na samym wstępie chór głosów brzmiących jak chór antyczny oznajmił mi, że wśród obecnych są geniusze płci obojga: świeżo upieczona doktorantka, Monika Woźniak, i student IV roku. Oboje zaprzeczali przez skromność, a ja z kolei – sam nie wiem przez co i po co – zaprzeczałem, iżbym był profesorem. Po dowaleniu na wstępie Kantowi, a właściwie po jednomyślnej zgodzie na to, jak potraktował go Hegel, przystąpiliśmy do zasadniczej kwestii, a mianowicie, czy religii i Boga jest u Hegla za mało, za dużo, w sam raz, czy też może w ogóle ani Boga, ani religii tam nie ma. Takie ujęcie zagadnienia jest jak najbardziej zgodne z podejściem samego Hegla, który, przysłuchując się ówczesnym krytykom ateizmu i panteizmu, ironizował: „aha, według was w ateizmie jest Boga za mało, a w panteizmie za dużo?” Podobnie zresztą reagował na krytyki greckiego politeizmu za zbytni antropomorfizm: „a ja uważam, że tego antropomorfizmu jest w greckim politeizmie stanowczo za mało”.

Grono dyskutantów było wprawdzie niezbyt liczne, ale za to reprezentowane były wszelkie możliwe stanowiska w tej kwestii. Dr Marcin Pańków, kontynuator profesora Marka Siemka, reprezentował stanowisko, że ani Boga, ani religii w filozofii Hegla w ogóle nie ma, a jeżeli już nawet coś z tych rzeczy się do niej przyplątało, to zupełnie niepotrzebnie, czyli w zasadzie jest tego mało, ale i tak za dużo i nie ma to znaczenia. Jednak dr Pańków się spóźnił, więc jego stanowisko zreferował dr hab. Tomasz Wiśniewski – choć może nie całkiem tak, jak to powyżej przedstawiłem, i bez odpowiednio dobitnego zaznaczenia przy tym własnego stanowiska, gdyż niuanse w tym względzie zostały przesłonięte przez żywiołową radość z tego, że tak sobie wszyscy razem możemy w tak zacnym gronie pogadać o Heglu. Radość tę w pełni podzielałem i chyba wszyscy inni uczestnicy też. Co do meritum w pełni się zgadzam ze stanowiskiem Siemkowskim – jeżeli wyrzucimy z filozofii Hegla całą filozofię ducha absolutnego, która skądinąd najbardziej go absorbowała i najwięcej z tego, co należy do żelaznego kanonu dzieł Hegla, jej właśnie dotyczy, to rzeczywiście religii i Boga w tej filozofii prawie już nie będzie.

Geniusz z IV roku reprezentował stanowisko całkiem przeciwne, choć zgadzał się, że religii jest u Hegla jak na lekarstwo, a może nawet w ogóle jej nie ma, gdyż wątki, które na pozór są chrześcijańskie, dla człowieka wierzącego nie mają nic wspólnego z religią w tym sensie, że nie zaspokajają w żadnym stopniu jego religijnej potrzeby. Tak więc filozofii Hegla nie można nazwać chrześcijańską, wbrew temu, co sam Hegel uważa na jej temat. Trudno się nie zgodzić z tak trafną oceną filozofii Hegla z punktu widzenia człowieka wierzącego, odczuwającego po zapoznaniu się z nią zasadniczy religijny niedosyt. Kwestią sporną jest jedynie, czy chrześcijańska filozofia spełniająca oczekiwania człowieka wierzącego – te, których nie spełnia filozofia Hegla – byłaby w ogóle jeszcze filozofią. Gdyż z punktu widzenia samego Hegla w filozofii forma religii zostaje zniesiona, choć treść się zachowuje. Oczywiście, zachowuje się w tak zmienionej postaci, że dla człowieka wierzącego jest już ona treścią całkiem inną, niekiedy wręcz odwrotną.

Pozostaje jeszcze stanowisko – zaprezentowane przez Monikę Woźniak i przeze mnie – zgodnie z którym religii i Boga jest u Hegla w sam raz. Oboje broniliśmy tezy, że VII rozdział Fenomenologii ducha, dotyczący religii, nie jest włączony do niej na siłę, właściwie wbrew fenomenologicznej logice, ale jak najbardziej wynika z podstawowych Heglowskich założeń. W pewnych sprawach, oczywiście, „pięknie się różnimy”, gdyż ona jest wierzącą katoliczką, a ja jestem co najwyżej ezoterycznym chrześcijaninem, który nawet nie bardzo rozumie, co to w ogóle jest wiara religijna. Inaczej mówiąc, w takiej mniej więcej mierze jestem chrześcijaninem, w jakiej filozofia Hegla jest filozofią chrześcijańską. Pozostaje pytanie, czy to jest duża różnica, czy mała. Zapytałem więc Moniki: „Jesteś katoliczką, to już wiem. Ale jak się do tego ma Hegel?” Odpowiedziała: „Hegel jest dla mnie absolutnie numerem jeden w filozofii, a poza tym, będąc katoliczką, skłaniam się jednak silnie ku prawosławiu i rosyjskiej myśli filozoficzno-religijnej”. Wyszło więc na to, że również z geniuszem z IV roku „pięknie się ona różni”, gdyż jego Hegel zupełnie nie zaspokaja, a ją (do pewnego stopnia) chyba jednak tak.

MONIKA

Tym samym Monika (jako katoliczka-heglistka) dołączyła do grona moich ulubionych katoliczek, do których poza tym należą m.in. Kasia Zajd (katoliczka uprawiająca jogę – znajomość z facebooka)

Kasia

i Ewelina Pogorzelska, moja (jeszcze nieślubna) synowa, pozostająca w związku z moim najmłodszym synem, Tymoteuszem. Ewelina łagodnie i z wdziękiem nawraca mnie i Tymoteusza na katolicyzm, chociaż – przynajmniej co do mnie – bardzo się zaniedbuje na tym odcinku.

DSC 0799 Large

Po zakończeniu oficjalnej części debaty nad Heglem, poszliśmy wszyscy razem na piwo, kontynuując temat i wzajemne przepytywanie się. Ale to, co się przy tym piwie działo, zachowam już dla siebie.

Na zakończenie przytoczę z wpisów na moim dawnym blogu osiem cytatów z Hegla, dotyczących jego osobistego stosunku do religii:

CYTAT I – świadczący o tym, że wypowiadając się na temat religii, Hegel musi się asekurować i sam siebie upomina, żeby przestał kluczyć.
„Nie chodzi tu więc tylko o nasz problem, czy w historii filozofii mamy brać pod uwagę religię, jest to bowiem także fakt historyczny, że sama filozofia brała pod uwagę religię, a religia – filozofię. Ponieważ w historii obie te dziedziny nie pozostawiały się nawzajem w spokoju, więc i nam nie wolno tego robić. […] Już grecka religia ludowa stała się powodem skazania na wygnanie kilku filozofów, ale w Kościele chrześcijańskim przeciwieństwo to wystąpiło w jeszcze większym stopniu. Musimy wypowiedzieć się o tym stosunku w sposób konkretny, otwarty i uczciwy, aborder la question [przystąpić do rzeczy], jak mówią Francuzi – nie marudzić, że niby jest to kwestia zbyt delikatna, nie próbować się wykpić byle czym, nie mówić ogródkami, nie szukać wykrętów, nie zmieniać tematu, tak by w końcu nikt już nie wiedział, co to właściwie ma znaczyć. Nie możemy stwarzać pozoru, że chcielibyśmy religię pozostawić nietkniętą.”
[Georg Wilhelm Friedrich Hegel, Wykłady z historii filozofii, przełożył Światosław Florian Nowicki, t. I, Warszawa 1994, s. 103.]

CYTAT II – Hegel deklaruje się jako luteranin, dając jednocześnie do zrozumienia, że to nic nie znaczy, i uprawiając przy okazji grę słów.
„Człowiek powinien przyjąć jakąś religię. Co jest podstawą jego wiary? Religia chrześcijańska powiada: świadectwo ducha, jakie otrzymuje ta treść. […] Aktywny, subiektywny duch, który słyszy głos ducha boskiego, jest sam duchem boskim – i jest nim o tyle właśnie, o ile słyszy głos boskiego ducha. To odnoszenie się ducha tylko do siebie samego jest określeniem absolutnym. Boski duch żyje w swojej gminie, jest w niej obecny. To słyszenie głosu nazwane zostało wiarą. Nie jest to wiara o charakterze historycznym. My, luteranie – jestem nim i chcę nim pozostać – mamy tylko ową pierwotną wiarę. Ta jedność nie jest substancją spinozjańską, lecz jest substancją, która wie, obecną w samowiedzy (die wissende Substanz im Selbstbewußtsein) [jako takiej], która czyni się czymś nieskończonym i odnosi się do ogólności. Gadanina o granicach ludzkiego myślenia jest płytka. Jedynym celem religii jest poznanie Boga. Religijność jako taka to świadectwo ducha o treści religii. Jest to świadectwo (Zeugnis), które zaświadcza (bezeugt): świadectwo to jest zarazem płodzeniem (Zeugen). Duch płodzi samego siebie i najpierw [czyni to] w świadectwie. Istnieje jedynie przez to, że płodzi siebie (sich zeugt), zaświadcza o sobie (sich bezeugt) i ukazuje siebie (sich zeigt), objawia siebie (sich manifestiert).”
[Georg Wilhelm Friedrich Hegel, Wykłady z historii filozofii, przełożył Światosław Florian Nowicki, t. I, Warszawa 1994, s. 112-113.]

CYTAT III – Rodzi się podejrzenie, że powyższa charakterystyka luteranizmu pasuje raczej do mistycznej wizji katolika Anioła Ślązaka.
„Otóż panteistyczną jednię odnoszoną przede wszystkim do podmiotu, który odczuwa siebie w tej jedni z Bogiem a Boga jako tę oto teraźniejszą obecność w subiektywnej świadomości, ukazuje w ogóle tego rodzaju mistyka, jaka w tej bardziej subiektywnej formie wykształciła się również w obrębie chrześcijaństwa. Jako przykład przytoczę choćby Anioła Ślązaka, który z największą śmiałością i głębią oglądu oraz doznania przedstawił z zadziwiającą siłą mistycznego wyrazu substancjalne istnienie Boga w rzeczach i zjednoczenie się jaźni z Bogiem a Boga z ludzką podmiotowością.”
[Por. Georg Wilhelm Friedrich Hegel, Wykłady o estetyce, przekład Janusza Grabowskiego i Adama Landmana, I, Warszawa 1964, s. 588.]

CYTAT IV – Hegel wyjaśnia stosunek myślenia spekulatywnego do mistyki. Poświęcony jest temu jeden akapit Dodatku do § 82 jego Encyklopedii nauk filozoficznych. Encyklopedia z dodatkami (Zusätze), opracowanymi na podstawie notatek i ustnych wykładów Hegla, wydana została w trzech tomach już po jego śmierci. W polskim przekładzie Encyklopedii nauk filozoficznych tych dodatków nie ma. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że Hegel odróżniał i przeciwstawiał sobie nawzajem dwa rodzaje myślenia – myślenie rozsądkowe (rozsądek = Verstand), przez które rozumiał myślenie potoczne i tzw. naukowe, oraz myślenie rozumowe (rozum = Vernuft), czyli myślenie filozoficzne, o ile, oczywiście, jest to filozofowanie godne tego miana. Z kolei myślenie rozumowe dzielił on na negatywnie rozumowe, czyli dialektyczne, i pozytywnie rozumowe, czyli spekulatywne. Myślenie dialektyczne wszystko obala, wykazując we wszystkim sprzeczności, natomiast myślenie spekulatywne potrafi łączyć w sobie sprzeczne określenia. Oto więc ten akapit (w moim przekładzie):
„Co się tyczy znaczenia tego, co spekulatywne, to należy tu jeszcze wspomnieć, że trzeba przez to rozumieć to samo, co wcześniej, zwłaszcza w odniesieniu do świadomości religijnej i jej treści, zwykło się określać mianem tego, co mistyczne. Jeśli w dzisiejszych czasach mówi się o tym, co mistyczne, to z reguły jest to znaczeniowo równoważne z tym, co tajemnicze i niepojęte, a to tajemnicze i niepojęte jest następnie, w zależności od różnic co do ogólnej kultury, sposobu myślenia i wrażliwości (Sinnesweise), traktowane przez jednych jako coś właściwego i prawdziwego, przez innych zaś jako coś należącego do sfery zabobonu i ułudy. W związku z tym należy przede wszystkim zauważyć, że to, co mistyczne, jest zapewne czymś tajemniczym, ale tylko dla rozsądku, a to z tego po prostu względu, że zasadą rozsądku jest abstrakcyjna tożsamość, zaś to, co mistyczne, (jako równoznaczne z tym, co spekulatywne) jest konkretną jednością tych określeń, które dla rozsądku są prawdziwe tylko w swym rozdzieleniu i przeciwstawności. Jeśli następnie ci, którzy to, co mistyczne, uznają za to, co prawdziwe, tak samo poprzestają na tym, że jest to czymś bezwzględnie tajemniczym, to jest to z ich strony tylko wyrazem tego, że myślenie ma dla nich tak samo jedynie znaczenie abstrakcyjnego zakładania tożsamości i że z tego względu, żeby dojść do prawdy, należy wyrzec się myślenia, albo, jak również zwykle się to mówi, że należy powściągnąć (gefangen nehmen) rozum. Ale, jak widzieliśmy, abstrakcyjnie rozsądkowe myślenie do tego stopnia nie jest czymś trwałym i ostatecznym, że okazuje się raczej nieustannym znoszeniem samego siebie i momentalnym obracaniem się w swoje przeciwieństwo, w przeciwieństwie do czego to, co rozumowe jako takie, polega właśnie na tym, że zawiera w sobie przeciwstawne [określenia] jako idealne momenty. Wszystko to, co rozumowe, można więc określić zarazem jako mistyczne, co jednak znaczy tylko tyle, że wykracza to poza rozsądek, ale w żadnym razie nie znaczy, że należy to traktować jako w ogóle niedostępne dla myślenia i niepojęte.”

CYTAT V – Hegel odnosi się z rezerwą do protestantyzmu jako myślowej płycizny, znajdując głębię zupełnie gdzie indziej:
„Dawniejsi teologowie ujęli tę głębię najgłębiej, podczas gdy u obecnych protestantów, którzy uprawiają tylko krytykę i historię, filozofia i nauka zostały odłożone całkowicie na bok. Pewien dominikański mnich, Mistrz Eckhart, w jednym ze swoich kazań powiada na temat tej najbardziej wewnętrznej istoty (dies Innerste) między innymi: «Oko, którym widzi mnie Bóg, jest okiem, którym ja go widzę; moje oko i jego oko są jednym. W sprawiedliwości trwam w Bogu a on we mnie. Jeśli nie byłoby Boga, nie byłoby mnie; jeśli mnie by nie było, to nie byłoby też Boga. Tego się wszakże wiedzieć nie musi», są to bowiem rzeczy, w których łatwo o nieporozumienie i które mogą być ujęte tylko w pojęciu.”
[Georg Wilhelm Friedrich Hegel, Wykłady z filozofii religii, przełożył Światosław Florian Nowicki, t. I, Warszawa 2006, s. 216.]

CYTAT VI – Hegel określa swoje własne stanowisko ustami współczesnego mu filozofa religii, będącego skądinąd pod wpływem filozofii Heglowskiej.
„Do tego, aby w sposób właściwy i określony ująć myślą to, czym jest Bóg jako duch, niezbędna jest gruntowna spekulacja. Przede wszystkim wchodzą tu w grę następujące twierdzenia; Bóg jest tylko o tyle Bogiem, o ile zna samego siebie; z kolei to, że zna on siebie, jest pewną samowiedzą w człowieku i wiedzą człowieka o Bogu, która staje się następnie tym, że człowiek zna siebie w Bogu. Gruntowny komentarz do tych zdań można znaleźć w pracy, z której zostały one zaczerpnięte: C(arl) F(Friedrich) Göschel, Aforyzmy na temat niewiedzy i wiedzy absolutnej w odniesieniu do chrześcijańskiego poznania wiary. Przyczynek do zrozumienia naszych czasów, Berlin 1829.
[Georg Wilhelm Friedrich Hegel, Encyklopedia nauk filozoficznych, przełożył Światosław Florian Nowicki, Warszawa 1990, s. 565.]

CYTAT VII – Hegel w kontekście polemiki z współczesnym protestantyzmem z aprobatą odnosi się do katolickiej gnozy współczesnego mu böhmisty Franza von Baadera, a zwłaszcza do samego Jakoba Böhmego:
„Ale nauka ma przed sobą bogatą treść, której dostarczyły jej stulecia, a nawet tysiąclecia działalności poznawczej, i treść ta leży przed nią nie jako coś historycznego, co byłoby tylko własnością innych, dla nas będąc czymś, co przeminęło, i co tylko daje zatrudnienie naszej pamięci i stanowi pożywkę dla wnikliwego krytycyzmu w stosunku do opowiadanych historii, ale jest bez wartości tam, gdzie chodzi o poznanie ducha i zainteresowanie prawdą. To, co najwznioślejsze, najgłębsze i najbardziej wewnętrzne, zostało wydobyte na światło dzienne w religiach, filozofiach i dziełach sztuki – w bardziej lub mniej czystej, jaśniejszej lub mętniejszej, a bardzo często odstraszającej postaci. Należy poczytywać to panu Franzowi von Baaderowi za szczególną zasługę, że nie poprzestaje on na przypominaniu nam tego rodzaju form, ale idzie dalej, starając się w głęboko spekulatywnym duchu wyraźnie doprowadzić ich treść do godności tego, co naukowe, eksponując i wzmacniając zawartą w nich ideę filozoficzną. Okazji i form do tego dostarcza zwłaszcza głębia Jakuba Böhme. Słusznie przydano temu potężnemu duchowi miano philosophus teutonicus. Z jednej strony rozszerzył on treść religii [doprowadzając ją] dla siebie do poziomu ogólnej idei, sformułował w swoisty dla niej sposób najwyższe problemy rozumu i próbował na jej gruncie ująć ducha i przyrodę w ich bardziej określonych sferach i ukształtowaniach biorąc za podstawę to, że duch człowieka i wszystkie rzeczy stworzone są na obraz i podobieństwo Boga, oczywiście nie żadnego innego jak trójjedynego, i że są one tym życiem tylko po to, aby utraciwszy swój pierwowzór ponownie się z nim zespolić. Z drugiej strony, na odwrót, zastosował on w sposób brutalny formy rzeczy naturalnych (jak siarka, saletra itd., cierpkość, gorycz, itd.) do form duchowych i myślowych. Gnoza pana von Baadera, która przyłącza się do tego rodzaju pomysłów, jest pewnym specjalnym sposobem rozbudzenia i spotęgowania zainteresowań filozoficznych. Przeciwstawia się ona silnie zarówno samouspokojeniu, które poprzestaje na beztreściowej pustce Oświecenia, jak i pobożności, która pragnie pozostać czymś wyłącznie intensywnym. A przy tym pan von Baader we wszystkich swoich pismach dowodzi, że jest daleki od tego, by uważać tę gnozę za jedyny sposób poznawania. Ma ona, wzięta dla siebie, swoje niedogodności, jej metafizyka nie idzie tak daleko, by rozważać same kategorie i w sposób metodyczny rozwijać treść. Cierpi ona na nieadekwatność pojęcia w stosunku do tego rodzaju dzikich lub też błyskotliwych form i pomysłów, podobnie jak w ogóle cierpi na to, że absolutną treść ma za przyjętą z góry przesłankę (Voraussetzung), w oparciu o którą wyjaśnia, rozumuje i neguje.
Czystszych i bardziej mętnych ukształtowań prawdy mamy, można by rzec, pod dostatkiem, a nawet w nadmiarze – w religiach i mitologiach, w gnostycznych i mistycyzujących filozofiach czasów starożytnych i nowożytnych. Można cieszyć się z tego, że odkrywa się w tych ukształtowaniach ideę, i odczuwać satysfakcję z faktu, że prawda filozoficzna nie była czymś zupełnie osamotnionym, lecz zaznaczała w nich swą obecność przynajmniej w formie fermentacji.”
[Georg Wilhelm Friedrich Hegel, Encyklopedia nauk filozoficznych, przełożył Światosław Florian Nowicki, Warszawa 1990, s. 24-26, Przedmowa do wydania drugiego (25 maja 1827).]

CYTAT VIII – Hegel kończy swoją Fenomenologię ducha parafrazą fragmentu wiersza Schillera (z kontekstu wynika, że chodzi o ducha absolutnego). Zwróćmy uwagę na „jedynie” i na zaimek „tego”, który ma podkreślać, że nie chodzi o „tamten świat”, lecz o „ten świat”:
„Jedynie
z pucharu tego królestwa duchów
pieni mu się jego nieskończoność.”
[Georg Wilhelm Friedrich Hegel, Fenomenologia ducha, przełożył Światosław Florian Nowicki, Warszawa 2002, s. 517.]

FaLang translation system by Faboba

O mnie

Światosław Nowicki

Mówią o mnie, że jestem mistrzem. A ja nie zaprzeczam.

Czy rzeczywiście Światosław to umysłowość tak wzniosla? Skądże, on tylko biegle żongluje starym Heglem, bo żyje z tego rzemiosła.

Kategorie

 

2 Polish catholic painting virgin mary lady mary print Large Small

Madonna, olej

7 Matka boska ikona icon iconography for sale Large Small

Madonna, Olej

 

bottle still life minimalist painting oil for sale Small

 

Martwa natura new design

WSPÓŁPRACA

  • Maria Poziomska i Pracownia Ezoteryczna

poziomka                               

 

banerswiattarota

 czaszka kopia

pachniewicz

  • SOCIAL MEDIA

facebook banner

www.gwiazdologia.naszeszczescie.pl
EZOFORUM
 
Malarstwo.fineartexpress.pl

 

Galeria obrazów FineArtExpress

 

 

 tarot-apokalipsy-talia

ekspozycje sztuki

thumbs2

 Robert Sobota

KLUB Tarota

Moja Strona

 

 

 

 

 

Tel.: +48 697063361
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.
Jestem na  


Web design: C-designer.pl. Projektowanie stron www.

Tarot Apokalipsy @ Autorska galeria malarstwa Magdaleny Walulik
Talia tarota: Światosław Nowicki (tel. 22 846 43 39). Rysunki na tej witrynie: Robert Sobota ( Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript. , tel. 601 152 831)

PL | EN